NEWS:

Anna Ciężadło analizuje wpływ pasiek miejskich na dzikie zapylacze w kontekście Krajowego Planu Odbudowy Zasobów Przyrodniczych. Poznaj wyniki badań z przepszczelonego Paryża i sprawdź, jak mieszkańcy mogą realnie pomóc dzikim zapylaczom w miastach.
  • W wydaniu drukowanym strona: 16

Z artykułu dowiesz się m.in.:

  • że miejskie ule są ważnym elementem budującym świadomość roli, jaką odgrywają owady;
  • jaką strategię wobec miejskich pasiek przyjął Paryż;
  • jak pomóc dzikim zapylaczom w miastach.
Pszczoły wylatujące i siedzące na drewnianych skrzynkach uli ustawionych na zewnątrz w słoneczny dzień
Fot. JAKA MUSIC AND GREGOR JERIC

Czy pszczelarstwo miejskie to zło?

Kiedy usłyszałam o propozycji Ministerstwa Klimatu i Środowiska związanej z Krajowym Planem Odbudowy Zasobów Przyrodniczych (KPOZP)1 i planem ograniczenia wpływu pszczoły miodnej na dzikie zapylacze, trochę mnie zmroziło. Dokument przedstawia siedem kluczowych działań mających na celu odbudowę populacji zapylaczy. Jednym z nich jest „ograniczenie negatywnego wpływu hodowli pszczoły miodnej na populacje dzikich zapylaczy”. Moje obawy są związane z tym, że mam pasiekę w samym środku dużego wojewódzkiego miasta na terenie, który nie należy do mnie – jedynie go dzierżawię. Czy będę musiała zlikwidować pasiekę?

Na początku tak właśnie pomyślałam – i podejrzewam, że nie jestem w tej kwestii wyjątkiem, bo w Sieci zawrzało. Kiedy jednak emocje opadły, zaczęłam szukać wiedzy (np. przeczytałam na portalu Wydawnictwa Pasieka, że to dopiero wstępna propozycja) i konkretnych rozwiązań. Wbrew dezinformacji krążącej w mediach społecznościowych, Ministerstwo nie uznało pszczół za „zagrożenie dla środowiska”, lecz zaproponowało ochronę pszczół dzikich i trzmieli. Walczą one o przetrwanie, mierząc się z konkurencją o pokarm oraz patogenami przenoszonymi przez pszczoły miodne. W ramach działań zaproponowano m.in.: rejestrację pasiek, regulacje dotyczące maksymalnego zagęszczenia uli w miastach, zmniejszenie pasiek na dachach budynków powyżej dwóch kondygnacji i stopniowym wygaszaniu tych na dachach instytucji publicznych2.

Czy zatem pszczelarstwo, zwłaszcza miejskie, jest zjawiskiem negatywnym? Czy stanowi zagrożenie dla przyrody – a jeśli tak, to co możemy zrobić, by trzymać pszczoły miodne w mieście, a jednocześnie chronić inne zapylacze? I co z tym wszystkim mają wspólnego Francuzi?

Świadomość to podstawa

W rozmowach i na forach internetowych często spotykałam się ze sformułowaniem „zwierzęta i owady”. To trochę jak „samochody i mercedesy” – zupełnie jakby owady nie były częścią królestwa zwierząt. Wielu ludzi jeszcze do niedawna patrzyło na nie jak na roboty, często bezrefleksyjnie (i niepotrzebnie!) tępiąc, a w najlepszym wypadku – ignorując. Oczywiście od tej reguły były i są wyjątki: owadzi celebryci to motyle (ale tylko te dzienne – nocne, obrośnięte grubszym futerkiem, z jakiegoś powodu cieszą się mniejszą sympatią), biedronki i oczywiście pszczoły miodne, które – co prawda – mają żądła, ale przecież „zbierają miód”. Reszta tego przebogatego świata zwykle ludziom umykała – niekiedy dosłownie.

Na szczęście to się powoli zmienia. Jako społeczeństwo mamy coraz większą świadomość nie tylko obecności owadów wśród nas, ale też ich ogromnie ważnej roli w przyrodzie. Znajduje to odzwierciedlenie w różnorodnych inicjatywach, jak choćby w tworzeniu łąk kwietnych, ograniczeniu koszenia traw (niestety, z moich obserwacji wynika, że tylko w miastach – w małych miejscowościach trawnik przystrzyżony niemal równo z gruntem to nadal wyznacznik prestiżu), czy w stawianiu hoteli dla owadów. Nawiasem mówiąc, często zaglądam do takich domków i odnoszę wrażenie, że prawie zawsze stoją puste3; łącznie z tymi, które umieszczono w ogrodzie botanicznym. Mimo to nawet jako pustostany pełnią bardzo ważną funkcję: przypominają, że to nie jest tylko nasza planeta, a małe, niezauważane i niedoceniane przez nas zwierzęta są jej niezbędne.

Ważnym elementem budującym świadomość społeczeństwa w kwestii roli owadów są też miejskie ule. Od lat pojawiają się w miastach, przeważnie w przestrzeni publicznej (chociaż znam przykłady osób, które prowadzą pasieki we własnych przydomowych ogrodach). Najczęściej pasieki miejskie funkcjonują jednak na dachach domów kultury, urzędów, teatrów, hipermarketów – chociaż zdarzają się też inne opcje. W 2018 r. ule stanęły na dachu… krakowskiej izby wytrzeźwień (czyli Miejskiego Centrum Profilaktyki Uzależnień) oraz na terenie zielonym obok nowohuckiej ekospalarni.

Wszystko to można potraktować jako ciekawostkę lub fanaberię – co jednak nie zmienia faktu, że kropla drąży skałę. Miejskie pasieki sprawiają, iż świadomość społeczna dotycząca owadów rośnie. Zmiany następują powoli, jednak są zauważalne – i na pewno jest to nadzieja na przyszłość. Młode pokolenie rośnie już w świecie, w którym oczywistą rzeczą jest segregowanie śmieci, dbanie o planetę i sprzyjanie maluczkim, a owad nie jest z definicji traktowany jak zagrożenie, lecz jako ważny element natury.

Lawendowy monopol

W obecnym miejscu mieszkam dokładnie 10 lat – i przez cały ten czas pod moim blokiem rośnie długi, efektowny rząd lawendy, o który dba zatrudniana przez mieszkańców firma ogrodnicza. Widok jest piękny – a kilka lat temu był jeszcze piękniejszy, bo nad lawendowymi krzaczkami latały rozmaite owady: na własne oczy widziałam co najmniej trzy gatunki trzmieli, bzygi, fruczaki i inne motyle… Jednak od pewnego czasu dostrzegam tam niemal wyłącznie pszczoły miodne.

To samo miejsce, ta sama lawenda – wystarczyło dosłownie kilka sezonów, a zaszła gruntowna zmiana. Oczywiście to anegdotyczny przykład, jednak czytając materiały na temat zapylaczy, widzę, że jest to również element szerszego trendu. Kocham pszczoły, ale dostrzegam problem. Spadek populacji dzikich zapylaczy (nie tylko w miastach) potwierdzają też badania naukowe.

Oto przykłady:

  • Declines of bees and butterflies over 15 years in a forested landscape – Michael Ulyshen, Scott Horn, Current Biology 20234;
  • The degree of urbanisation reduces wild bee and butterfly diversity and alters the patterns of flower-visitation in urban dry grasslands – Johann Herrmann, Sascha Buchholz, Panagiotis Theodorou, Scientific Reports 20235;
  • Pesticides and habitat loss additively reduce wild bees in crop fields – praca zbiorowa, Nature Ecology & Evolution, 20256.

Przyczyny takiego stanu rzeczy są złożone – najważniejsze czynniki to utrata siedlisk, intensywne wielkoobszarowe rolnictwo, stosowanie pestycydów (zwłaszcza neonikotynoidów), zmiana klimatu i ogólne zanieczyszczenie środowiska.

A pszczoły miodne? Oczywiście, są one niezbędne w przyrodzie – tak samo jak równowaga. Jako pszczelarze leczymy, chronimy i karmimy nasze małe przyjaciółki. Nie wyobrażamy sobie innego postępowania. Ale trzeba uczciwie powiedzieć, że ta troska sprawia, iż pszczoły miodne mają pewne fory w stosunku do dzikich zapylaczy. Dbajmy więc nie tylko o nasze pszczółki, ale też o resztę latającego towarzystwa.

Czy pszczelarstwo miejskie to zło?

Piszę ten tekst jako pszczelarka miejska, co może nasuwać uzasadnione podejrzenia o brak obiektywizmu w odpowiedzi na powyższe pytanie. Spójrzmy jednak na badania naukowe dotyczące wpływu pasiek w miastach na populację dzikich zapylaczy oraz na przykład miasta, które szczyci się własnym miodem, ogromną liczbą uli, a co najważniejsze – ma do pszczół szczególny stosunek. Tą metropolią jest Paryż: miasto ogrodów, pasiek, pszczelarzy i… Napoleona, który w stolicy kształcił się i budował karierę, a na swoich szatach koronacyjnych umieścił właśnie pszczoły.

Paryżanie kochają pszczelarstwo, co widać wyraźnie, bo jest to miasto niesłychanie przepszczelone. Jak podaje portal Centrepresse.fr, w styczniu 2025 r. w mieście zarejestrowanych było 1500 uli. Daje to średnio 15 sztuk na km². Pasieki miejskie znajdują się w Ogrodzie Luksemburskim, w ogólnodostępnych parkach, na balkonach (tę ostatnią opcję szczerze odradzam – przerobiłam ją osobiście, gdy kilka lat temu wskutek zbiegu okoliczności musiałam gdzieś „przechować” niewielką pszczelą rodzinę przez dwie doby), na dachu Luwru oraz Opery Paryskiej (tam akurat pojawiły się przypadkowo i już tak zostało) itd. Istne pszczele szaleństwo – chociaż nawet tam zaczęły się już dyskusje nad koniecznością wprowadzenia jakichś ograniczeń w przyszłości. Jak to się ma do kondycji dzikich zapylaczy?

Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w pracy „Aktywność dzikich zapylaczy negatywnie koreluje z zagęszczeniem kolonii pszczół miodnych w środowisku miejskim” – Lise Ropars, Isabelle Dajoz, Colin Fontaine, Audrey Muratet i Benoît Geslin, 20197. Już tytuł tej publikacji obrazuje problem. Wspomniane badania obejmują co prawda dane sprzed dekady – ale w tym przypadku to dobrze, bo właśnie wtedy zaczął się gwałtowny wzrost liczby pasiek miejskich w Paryżu. W 2013 r. było tam 300 zarejestrowanych uli, ale w 2015 r. już 687. Z badań wynika, że ten wzrost populacji Apis mellifera korelował ze spadkiem innych gatunków zapylających.

Jest jednak światełko w tunelu – autorzy publikacji zauważają bowiem pewną prawidłowość: okazuje się, że pszczoły miodne mają tendencję do odwiedzania głównie roślin użytkowych sadzonych w mieście przez człowieka. Z kolei dzikie zapylacze nie są wybredne: odwiedzają zarówno rośliny uprawne, jak i chwasty. I tu otwiera się dla nas pole do popisu.

Jak pomóc dzikim zapylaczom w miastach?

Niezależnie od tego, jakie zapisy dotyczące dzikich zapylaczy i pszczół miodnych przyjmie ostatecznie Komisja Europejska, już dzisiaj możemy podjąć kroki, by pomóc zagrożonym gatunkom. Najlepszym sposobem, by tego dokonać, jest zapewnienie im siedlisk oraz ciągłej bazy pokarmowej – a zatem sadzenie różnorodnych, rodzimych gatunków roślin, mających odmienną morfologię i różne terminy kwitnienia.

Wróćmy jednak do przykładu Paryża, bo władze tego miasta opracowały bardzo ciekawą strategię, która może pomóc dzikim zapylaczom, a jednocześnie… umilić życie mieszkańcom. Paryżanie mogą bowiem (legalnie i oficjalnie) sadzić roślinność w szeroko pojętej przestrzeni publicznej – a więc u podstaw drzew, przed fasadami budynków, na skwerach, a nawet w miejscach, gdzie obecnie znajduje się asfalt.

Wystarczy zebrać grupę pięciu lub więcej osób (ten wymóg jest stawiany po to, by łatwiej było utrzymać ciągłość opieki nad takim zielonym zakątkiem – ma to duże znaczenie, bo pozwolenie wydawane jest na trzy lata z możliwością automatycznego przedłużenia na kolejnych 12), wymyślić projekt i złożyć wniosek. Jeśli zostanie on zatwierdzony (a więc jeśli nie będzie blokował dróg dojazdowych i pożarowych ani kolidował z funkcjonowaniem instytucji czy miejsc kultu), miasto go wspomoże, dostarczając ziemię, nasiona, a nawet usuwając fizyczne przeszkody, np. siatki ogrodzeniowe.

Co ważne, założenie takiego miejskiego ogródka wymaga przestrzegania zapisów Karty Zazieleniania Przestrzeni Publicznej – wśród zawartych tam wymagań jest wyszczególnione sadzenie lokalnych gatunków roślin przyjaznych zapylaczom i sprzyjających bioróżnorodności8.

Takie rozwiązanie integruje mieszkańców (a samotność w społeczeństwie stanowi dzisiaj poważny problem), sprzyja aktywnemu spędzaniu czasu na zewnątrz, poszerza bazę pokarmową dla owadów, a ponieważ jest to projekt realizowany przez wiele osób, istnieje mała szansa, że wszyscy ci ludzie posadzą to samo. To, co wyrośnie w takich zielonych zakątkach, będzie więc prezentem przede wszystkim dla dzikich zapylaczy – pszczoły miodne, co wynika z przytoczonych powyżej analiz, preferują przecież większe uprawy, jak choćby przydomowe sady czy wspomniana przeze mnie lawenda.

Może więc warto wziąć przykład z Paryża? Być może nie rozwiąże to problemu, ale na pewno będzie krokiem w dobrym kierunku. Dzikie zapylacze potrzebują naszej ochrony – ich populacja drastycznie zmalała, ale jeszcze nie jest za późno, żeby im pomóc. Im, ale też nam samym, bo pszczolinki, zadrzechnie, lepiarki, trzmiele, omomiłki, bzygi i całe to latające dobro pełni w przyrodzie wiele funkcji; zapylanie to jedynie część ich aktywności.

Anna Ciężadło



 \"WydanieZamów prenumeratę czasopisma "Pasieka"


e-Prenumerata czasopisma Pasieka
纸飞机下载纸飞机官网 纸飞机官网下载纸飞机下载safew官网 safew下载safew官网下载safew官网safew下载safew下载safew下载quickq官网quickq官网quickq下载纸飞机官网纸飞机下载