NEWS:

Wywiad z Magdą Gorczycą o działalności Stowarzyszenia Rzeczniczki Przyrody, animacji kultury, budowaniu więzi ludzi z ekosystemami oraz znaczeniu miejskich siedlisk dla dzikich organizmów, w tym zapylaczy.
  • W wydaniu drukowanym strona: 52

Fot. Magda Gorczyca

Z artykułu dowiesz się m.in.:

  • dlaczego warto zaufać przyrodzie;
  • gdzie w mieście można poznać dziką przyrodę;
  • czym jest animacja kultury.

Rzeczniczka przyrody – Magda Gorczyca

Rozmawiam z biolożką, entomolożką, animatorką kultury oraz współzałożycielką Stowarzyszenia Rzeczniczki Przyrody. Magda poprzez edukację stara się zbudować empatyczną więź pomiędzy ludźmi a ekosystemami, które ich otaczają. Prowadzi warsztaty pod tytułami takimi jak: „szczypawki bez szczypania”, „ptasia relaksacja” oraz spacery w mieście łączące relaks z obserwacją dzikiej przyrody.

Jakub Jaroński: Staracie się reprezentować interesy przyrody w społeczeństwie ludzkim, której trzeba pomagać. Czy dobrze rozumiem nazwę waszego stowarzyszenia?

Magda Gorczyca: Trochę tak, ale z tym, że przyrodzie trzeba pomagać dla niej samej, to bym polemizowała. Powinniśmy to robić dla własnego interesu, żeby chronić siebie. Nie jesteśmy rzecznikami przyrody na zasadzie, że my wiemy lepiej, co ta przyroda chce, bo inne organizmy ogarniają często więcej, niż możemy przypuszczać. Bardziej chcemy być pośrednikami między ludźmi a resztą świata. Sama nazwa jest dwuznaczna, gdyż jako organizacja zaczynałyśmy od edukacji o ekosystemach rzecznych.

JJ: Używasz formy żeńskiej. Czy tylko kobiety należą do tego stowarzyszenia?

MG: Na początku tak było.

JJ: Moje pierwsze skojarzenie było takie, że próbujecie upodmiotowić przyrodę i inne organizmy przez reprezentowanie jej interesów.

MG: To jest bardzo długi proces, bo jesteśmy na początku tej drogi, ale dobrze by było kiedyś do tego dojść. Na dzisiaj jednym z głównych naszych celów jest empatyzacja wobec innych organizmów i ekosystemów. Na przykład prowadzimy warsztaty, na których pokazujemy ludziom, że szczypawkę można nawet dosłownie pogłaskać. Ludzie potrafią długo wspominać takie doświadczenie. Myślę, że to jest klucz do budowania świadomości w kierunku upodmiotowienia innych zwierząt niż ludzie.

JJ: Pięknie o tym opowiadasz. Jedną z moich intencji jest, kiedy piszę o jakimś zwierzęciu, które ma zły PR w społeczeństwie, ocieplać jego wizerunek kulturowy.

MG: Takich zwierząt jest niestety dużo. W naszym zachodnioeuropejskim kręgu kulturowym od co najmniej czasów średniowiecza dzielimy zwierzęta na czyste i brudne. Te czyste mogą być uznane wręcz za święte. Bezkręgowce są często uznawane jednak za brudne. Wyjątkiem jest m.in. pszczoła miodna ciesząca się od wieków dużą estymą.

JJ: To nas prowadzi do innego twojego zajęcia, które ma bardzo ciekawą nazwę: jesteś animatorką kultury. Czym jest ta działalność?

MG: Generalnie definicja animacji kultury czy animacji społecznej jest dość com-content-article szeroka. Z grubsza chodzi o to, żeby pamiętać o tym, że w życiu nie są istotne tylko wartości materialne, ale nasz dobrostan, dla którego bardzo ważny jest aspekt budowania społeczności lokalnych, które zastępują nam tę pierwotną wioskowość i plemienność. Inicjatywy animacji kulturowo-społecznej służą do tego, żeby wzmacniać społeczności lokalne po to, żeby ludzie nie czuli się samotni. Aby to osiągnąć, stosuje się edukację opartą na wartościach twórczych i duchowych. To trochę aktywizowanie ludzi, motywowanie ich do zacieśniania więzów lokalnych i budowania ich wspólnoty.

JJ: Prowadzisz spacery z obserwacji dzikiej przyrody w mieście. Czy na terenach silnie przekształconych przez człowieka, mocno zurbanizowanych można odnaleźć dziką przyrodę?

MG: Jeżeli przez dzikość rozumiemy wszystkie dzikie gatunki, to oczywiście, że tak, bo to mogą być nawet trzmiele latające po balkonie lub ogródku. Nietoperze wydające głosy. Dodatkowo są organizmy, które zaadaptowały się do życia w dużych miastach razem z nami. Nie wszystko jeszcze w miastach zostało uporządkowane i zabetonowane. W każdym mieście są takie małe lub większe nieuporządkowane przez człowieka zakątki, które są bardzo cenne. Ba, przecież w środku miasta można ustanowić rezerwat lub użytek ekologiczny. W związku z silnym przekształceniem wsi i monokulturowego rolnictwa to te zakątki mogą pełnić funkcję oazy tej dzikości. Istnieje moda na łąki kwietne, istnieją zabytkowe starodrzewy na cmentarzach, zabytkowe parki. Tu właśnie owady zapylające mogę odnaleźć niszę dla siebie do życia, tym bardziej że w miastach używa się obecnie mniej pestycydów niż na wsi. W ten sposób powstają całkiem niezłe pod względem różnorodności siedliska. Może być ona czasem większa niż monokulturowy sosnowy las gospodarczy. Owszem, te siedliska są bardzo poszatkowane przez infrastrukturę miasta, ale mimo wszystko z badań wynika, że populacje różnych organizmów, które chcemy chronić, mogą się w nich utrzymywać.

Jest jeszcze kwestia zmian klimatu. Każda cegiełka dołożona, aby próbować stabilizować procesy przyrodnicze związane z degradacją siedlisk i utratą różnorodności jest pożyteczna z punktu widzenia hamowania dynamiki tych zmian klimatycznych.

JJ: Na koniec możesz coś dodać od siebie w ramach wolnych wniosków.

MG: Mój wolny wniosek jest taki, żeby dać szansę każdemu organizmowi, który nas zainteresuje. Zanim pacniemy go ręką, aby go zabić lub usuniemy go z jakiegoś miejsca, bo nam się nie podoba, weźmy głęboki oddech i cofnijmy się. Następnie wyciągnijmy telefon i sprawdźmy, jaki to organizm, jakie ma relacje i funkcje w ekosystemie. Dopiero po zgromadzeniu wiedzy na jego temat wydajmy osąd, co z nim dalej zrobić.

Jakub Jaroński


 \"WydanieZamów prenumeratę czasopisma "Pasieka"